Proście, a będzie wam dane, czyli o początkach Żebraczy

zebracz.jpgPrzed wielu, wielu laty, których już nikt zliczyć nie potrafi, ziemią tą władał potężny, ale nielitościwy władca i pan. Był nie tylko butny i hardy, ale co gorsze – bardzo, a bardzo okrutny i zawzięty. Nie miał on serca dla swoich poddanych, którzy pracowali w pocie czoła na niego, trzebiąc okoliczne lasy i uprawiając jałowe pola. Nie lubili swego pana, woleli zejść mu z drogi, o nic nigdy nie prosić. Wiedzieli, że każda prośba czyniła jego oblicze bardziej surowe, a serce stawało się uparte i twarde jak głaz.

Władca ów miał córkę i syna. Boleli oni nad okrucieństwem swego ojca, ale żadną miarę nie mogli ułaskawić jego hardego i butnego usposobienia. Nadaremno dobrocią i łagodnością własnych serc, starali się wzbudzić u swego ojca choćby trochę ludzkich odruchów łaskawości, nie la siebie, ale przede wszystkim dla poddanych, ludzi prostych i dobrych, których z wzajemnością lubili i szanowali. Nic więc dziwnego, że nie mogąc dojść z ojcem do porozumienia, czując się we własnym domu źle i obco, coraz więcej czasu spędzali poza grodem, w towarzystwie ludzi prostych, ale szczerze ich kochających i oddanych.

Pewnego, zimowego wieczora, surowość oblicza ojca przybrała wyraz niezwykle groźny, prawie kamienny.
Oznajmił wówczas potomkom rzecz następującą:
- Wyjeżdżam – rzekł krótko i stanowczo.
- Wrócę, gdy śniegi stopnieją.

To mówiąc wdział swój długi, niedźwiedzi kożuch, obuł wysokie buty, spojrzał lodowatym wzrokiem na swą córkę i syna, mruknął coś pod nosem i ruszył do wyjścia, trzaskając z hukiem wrotami grodu.

Nie usłyszał już zbolałego głosu córki i strapionego syna.
- Ojcze... jedź z Bogiem i wracaj zdrów!

Zima była sroga i długa. Zamarzły rzeki i mokradła. Ciężkie sople lodu zwieszały się od strzech chałup aż do ziemi. Wokół wszystko skuła lodowa, szklana powłoka. Zgłodniałe sarny, jelenie i zające coraz częściej podchodziły pod domostwa. Wycie wilków roznosiło się po całej kniei, tak że strach było wyprawić się po drzewo i chrust do puszczy.

Po wyjeździe pana i władcy gród zaległa cisza błoga i kojąca. Wśród poddanych zamieszkała miłość i szczęście.

Miłość jak słońce grzała i świeciła nawet wtedy, gdy w mroźne noce przeraźliwie wyły wilki po lasach, a mróz trzaskał z hukiem i dniem złocił się w blasku słońca, a nocą srebrzył w oświacie księżyca i migotaniu gwiazd.

W takie zimowe wieczory, w chatach wieśniaczych płonął ogień na kominie, a w świetle łuczywa kobiety przędły wełnę i len, tkały płótno – mężczyźni zaś obracali kamienne żarna trąc ziarno na mąkę, strugali drewniane łyżki, a na garncarskim kole toczyli garnki.

Przy pracy opowiadali sobie różne historie: o miłości, polowaniach, zbójnikach i dzielnych rycerzach, o dobrych i złych czarownikach i wróżkach.

Czasem przygodny wędrowny śpiewak zwany wajdelotą, przygrywając sobie na lutni, śpiewał długie ballady, często tak smutne i rzewne, że wieśniaczkom łzy kapały na ich zgrzebne szaty.

Wśród wieśniaków na stałe zagościli córka i syn okrutnego pana, który wyjechał w niewiadomym dla nikogo kierunku i w niewiadomej dla nikogo sprawie.

Wtedy to dobra córka, okrutnego ojca i władcy, poznała i pokochała ubogiego, wiejskiego młodzieńca, z wzajemnością głęboką i szczerą. Ich wzajemna miłość i szczęście było tak wielkie, iż wspólnie zapragnęli by zatrzymać czas, zostać z sobą na stałe i na zawsze.

Minęła zima, wiosna zaczęła rozsiewać swoją świeżą zieleń upstrzoną żółtością kaczeńcy i białością przebiśniegów, oznajmiając światu, że teraz na nią kolej, by zawładnąć bezkresną przyrodą.

Ni stąd, ni zowąd zaturkotały wozy i przed bramą ogrodu stanął powóz a w nim potężny i dumny jak zwykle pan i władca.

Córka zastygła z wrażenia, pobladła z rozpaczy, lecz schyliła głowę i uklękła, by przywitać ojca. To samo uczynił jej brat, całując ojca w rękę i pomagając mu zdjąć podróżny przyodziewek.

Niebawem ojciec spoglądając przenikliwym, przeszywającym na wskroś okiem, na wszystko co było w zasięgu jego wzroku, zauważył rzecz, jego zdaniem, straszną, lecz prawdziwą. Jego córka spodziewała się dziecka.

Zapałał gniewem tak szalonym, iż nawet nie zauważył, że jego córka płacząc dniem i nocą wypłakała wszystkie łzy. Jego kamienne serce stygło coraz bardziej, stając się głazem zimnym jak bryła lodu i twardym jak skalny granit.

Rozwścieczony, jak dzikie zwierzę, wypędził córkę nie tylko z grodu, ale kazał opuścić na zawsze jego ziemię. Niczego nie wolno było jej zabrać ze sobą, z odzienia zaś, tylko to co miała na sobie.

Cóż było począć? Żebraczy chleb i tułacza wędrówka stały się nadzieją na przetrwanie dla młodych i zakochanych.

Zrozpaczony do granic obłędu brat, kochający swoją jedyną siostrę nad życie, postanowił błagać ojca o litość. Długo jego błagania były daremne. Oszalały z boleści i rozpaczy nie ustępował jednak i prosił ojca, błagał na kolanach, żebrał o litość, skomląc zbolałym głosem, by ojcic dał swej córce i jej ukochanemu chociaż kawał ziemi, gdzieś z dala od niego, gdzieś na pograniczu jego rozległych włości.

I poskutkowało, zgodnie z tym jak głosi mądra księga, w której napisano: „Kto kołacze – temu będzie otworzone, kto prosi – ten dostanie, a kto szuka – ten znajdzie”.

W lodowatym, posągowym obliczu ojca drgnął odruch ludzkiego miłosierdzia. Pozwolił młodym osiąść na terenach odległych, dzikich, nie zamieszkałych, porosłych chaszczami i na pozór nieprzychylnym pierwszym osadnikom.

Nowa ziemia stała się nadzieją nie na żebraczy, ale własny chleb. Wokół pierwszej zagrody, gdzie młodym i bez pamięci zakochanym – przyszło na świat pierwsze dziecko, zaczęły powstawać nowe. Przybywali osadnicy z bliższych i dalekich stron, budowali swe domostwa, karczowali las, uprawiali w pocie czoła nieurodzajną, zachwaszczoną ziemię z nadzieją na szczęśliwe i spokojne życie.

Miejsce, jako że zostało wyżebrane przez brata dla ukochanej siostry od okrutnego ojca, zaczęto nazywać Żebraczą.
zebracz2.jpg
Po wielu, wielu latach, których już nikt zliczyć nie potrafi, ta wybłagana, wyżebrana ziemia okazała przychylność jej mieszkańcom. W jej wnętrzu ukryły się pokłady czarnego kruszcu zwanego węglem.

W dziewiętnastym stuleciu geolodzy odkryli bogactwo tej ziemi, a na początku dwudziestego stulecia zbudowano na północnych krańcach czechowickiej ziemi kopalnię węgla, która do dziś nosi nazwę „Silesia”.

Dziś mało kto pamięta, że ziemię u ujścia rzeki Białej do Wisły nazywano niegdyś Żebraczą. Czy pamięta ktoś skąd wzięła się nazwa – Żebracz?

Przetrwała w legendzie przekazywanej w pokolenia na pokolenie i ocalała od zapomnienia dzięki zapisom Wiesławy i Teodora Korzeniowskich.