Legenda o Piszczałkowcu

Dawno, dawno temu, gdy wczesna wiosna już odkryła kwieciem łąki i lasy, do dziedzickiej kniei i mokradeł nad Rudkiem – Czechówką i Iłownicą przybyli przerażeni, słaniając się z głodu i wyczerpania ludzie.  Ledwo z życiem uciekli przez szczególnie okrutnym i żądnym krwi rogiem, który spalił i splądrował Kraków, inni zaś – ze strachu w popłochu opuścili osady z okolic Zatora i Oświęcimia. Uciekli przed Tatarami – zdało się – stworami, które wyszły z piekielnych czeluści.

Ukryci w lesistym wąwozie z trwogą nasłuchiwali bitewnego zgiełku, wypatrywali łun pożarów, a cudem ocaleli z pogromu ludzie opowiadali niezwykłe o Tatarach wieści.


- Pamiętacie li tego niemego skośnookiego dziada, który rok temu żebrał w Krakowie i Oświęcimiu. To był ich szpieg, który wszędzie węszył, uważnie słuchał i patrzył, gdyż poznawał drogi i przeprawy przez Wisłę – mówił jeden.

Inny opowiadał z trwogą w głosie: Jest tych wysłanników piekieł tyle co gwiazd na niebie. Mają małe szybkie i zwinne konie, i smoki ziejące ogniem, gęstą parą, dymem i wyziewami tak smrodliwymi, że obrońcy grodów i wojownicy mdleją, słaniają się na nogach i są niezdolni do walki. Zaś ich łucznicy z dużej odległości niszczą stawiających im opór.

- Są okrutni i żadni krwi. Mordują bez litości, palą domostwa, a młodych biorą w niewolę – mówił inny.

Kara boska nas spotkała; módlmy się, aby naszej kryjówki nie odkryli. Jeżeli nas wypatrzą – czeka wszystkich niechybna śmierć lub straszny los niewolnika. Musimy przygotować się do walki z tymi hordami, do walki na śmierć i życie – postanowili.

To co niebawem usłyszeli i zobaczyli poraziło ich zupełnie. O brzasku kwietniowego poranka, nad Białką, tam gdzie była osada Żebracz w górę wysoko strzelały płomienie i dym, a łuna oświetliła okolicę i w niebo wzniósł się przerażający bitewny krzyk. Tatarzy byli już nad Białką, zaskoczyli rannym atakiem obrońców, palili Żebracz, plądrowali domostwa i mordowali mieszkańców.

Niebawem wśród drzew pojawili się przerażeni uciekinierzy, a za nimi – okrutni Tatarzy.

Ukryci w lesistym wąwozie zostali zepchnięci na bagna i tu straciwszy wszellką nadzieję na ocalenie stawili czoła wysłannikom szatana. Rozegrała się walka na śmierć i życie. Polegli wszyscy i pozostali w bagnach i zaroślach. Nie miał ich kto pogrzebać.

Ich kości, które po wiekach odnajdywano na tym terenie, dały nazwę Piszczałkowca – dziedzickiego przysiółka nad Rudkiem – Czechówką i Iłownicą.

Po przejściu tatarskich hord cała okolica stała się pustkowiem. Nasz zakątek Ziemi Cieszyńskiej wyludnił się i trzeba było wielu lat, aby powstały nowe osady.