Podanie o śpiących rycerzach w Goju

Podanie o śpiących rycerzach w Goju Było to bardzo, bardzo dawno temu, gdy dziewicze lasy porastały nasze tereny, a groźne mokradła czyniły je niedostępnymi, gdy rzeki rozlewały się hen, szeroko. Ludzie tylko gdzieniegdzie pobudowali swoje drewniane, kryte strzechą domostwa, uprawiali role, łowili ryby i polowali na dzikiego zwierza. Na skraju wsi, gdzieś na Świerkowicach, znajdowała się chata i kuźnia wiejskiego kowala.

Późnym wieczorem do kowala przybył nieznany z pańska ubrany człowiek i namawiał go, by zabrawszy ze sobą swe narzędzia – oprócz podków i gwoździ – poszedł z nim niezbyt daleko. Tu wskazał ręką na północ, gdzie ciemnił się gęsty Dolny Las zwany Gojem.

- Tam – powiedział – mam sporo koni do podkucia.

Możny pan przekonywał kowala, że żałował tego nie będzie, bowiem za pracę hojnie go wynagrodzi, że za podkucie koni da mu tyle złotych dukatów, ile gwoździ zużyje na podkucie koni.

Po pewnym wahaniu i skrobaniu się po głowie, majster zgodził się. Ruszyli niezwłocznie na północ w kierunku tajemniczego i trudnego do przebycia Goju. Wąskimi ścieżkami, wśród wysokich dębów, klonów, lip i buków dotarli do potężnego wykrotu, który prowadził do rozległych podziemi.

Weszli do podziemnego szerokiego korytarza, który ciągnął się na południe, gdzieś po beskidzkie góry, być może do serca jaskiń Klimczoka. Po obu stronach jaskini stały w bojowych rynsztunkach konie. Obok koni stali rycerze w błyszczących zbrojach, gotowi do odjazdu, gdyż jedną nogę mieli w strzemionach, drugą zaś wspierali się o ziemię. Pogrążeniu byli atoli w głębokim śnie, mając głowę opartą o siodło.

U niewysokiego stropu z potężnych , zmurszałych bierwion – wisiał jasny jak słońce, złoty dzwon. W pobliżu stał piec kowalski, na którym już płonął ogień a iskry strzelały wysoko pod zmurszały strop. W zasięgu ręki, na dużym dębowym stole, leżały błyszczące podkowy i gwoździe, tak jakby były ze szczerego złota.

Kowal żwawo zakrzątnął się przy kowalskim piecu, potężnym miechem jeszcze bardziej rozpalił ogień i przygotował kowalskie narzędzia. Zanim jednak zabrał się do kucia koni, możny pan rzekł surowo:
- Słuchaj uważnie i pamiętaj! Musisz tak pracować, abyś nie dotknął złotego dzwonu. Jeżeli ten dzwon, dotknięty przez ciebie, odezwie się, to nasza umowa jest nieważna, a ciebie może spotkać surowa kara.

Widząc tyle koni do podkucia, kowal zapomniał o przestrodze i jął pracować szybko, ale niezdarnie. W pewnej chwili uniesiony zbyt wysoko kowalski młot trącił dzwon, który gromkim jak grzmot głosem rozległ się w podziemiach.

Natychmiast rycerze przebudzili się z głębokiego snu, szybko i sprawnie dosiedli koni, i gotowi byli do odjazdu. Czekali tylko na rozkaz swego wodza.

- Z koni! Jeszcze nie czas! – donośnie i władczo zawołał nieznajomy.
Wykonali rozkaz, zsiedli z rumaków, pozostawiając jedną nogę w strzemionach i ponownie zapadli w odrętwienie.

Przerażenie ogarnęło biednego kowala. Wiedział, że swoją niezdarnością złamał zawartą umowę.
Zlitował się jednak możny pan nad nieszczęsnym kowalem i nie pozbawił go życia. Polecił mu jedynie pozbierać do garnka ostrużyny, które pozostały w z końskich kopyt przy kuci koni.

Gdy w domu kowal otworzył worek – zobaczył w garnku złoto. To ostrużyny z końskich kopyt zamieniły się w złote dukaty.

Śpi w Goju hufiec rycerzy...
Rycerze czekają... Obudzą się na głos złotego dzwonu, ruszą do boju, gdy kraj znajdzie się w niebezpieczeństwie, gdy obce wojska zabijać będą ludzi, palić domy i kościoły.

Mijają wieki. Wykarczowano Dolny Las czyli Goj, a teren ten nazwano Lesiskiem. Wyrosły tu nowe domy i las kominów, piorunochronów i zbiorników rafinerii nafty. W powietrzu unosi się przykry zapach, płyną zatrute wody, umierają drzewa i chorują ludzie.

***
Baczmy, aby nieostrożnie nie uderzyć w złoty dzwon, bo na jego głos ruszą rycerze do walki w obronie zabijanej bezmyślnie przyrody.